O sesji w lawendzie wiedziałam już od marca, kiedy to pierwszy raz się z Nimi spotkałam. Dzień przed naszym wyjazdem na urlop, stwierdziliśmy, że TAK! To jest ta chwila, kiedy musimy skorzystać z tegorocznej lawendy (oraz pogody) no i…pojechaliśmy.

Naszym oczom ukazało się pole pełne…fotografów! i ani metra kwadratowego przestrzeni! Dacie wiarę?! na jednym polu było całe stado fotografów,  księżniczek, skrzatów polnych, kobiet w ciąży, narzeczonych, par młodych i my. Zatkało nas! 😉
To była jedyna chwila, kiedy zwątpiłam, czy “ta chwila” to odpowiednia chwila na zrobienie tej sesji.

Nie zrażeni lejącym się skwarem z nieba, oraz charakterystycznym klekotem miliona migawek, poszliśmy. I wiecie co? Zrobiliśmy to!